Strona główna » Salon artystyczny » W literaturze
W literaturze

TADEUSZ PIEKŁO

 

- od wielu lat konsekwentnie i ostentacyjnie podkreślał swoje bliskie związki z Przemyślem i Ziemią Przemyską. I ta regionalna proweniencja nie jest bynajmniej żadną pozą. Liczni krytycy i recenzenci jego twórczości podkreślali wielokrotnie, iż to właśnie utwory o tematyce przemyskiej należą do najlepszych. Piekło był przemyślaninem z wyboru. Urodził się w 1936 roku w podrzeszowskim Niechobrzu. W Przemyślu mieszkał przez kilkanaście lat (lata 60-te i 70-te), aby ostatecznie osiąść na stałe w Warszawie. Zmarł 10 sierpnia 2007 r. Wydał następujące książki poetyckie: Próba elipsy, Lublin 1965; Ogień, Lublin 1974; Żywa ziemia, Rzeszów 1982; Rekwizyty, Rzeszów 1989; Bezszelestny łoskot zapadni, Warszawa 1995.

 

(Wybrane z tomiku - PRZEMYŚL RAZ JESZCZE) ŚWIT, KTÓRY IDZIE

 

ŚWIT, KTÓRY IDZIE

W świcie bieleją zimne zwłoki ulic
i ciekną głosy, jak krew świeżej rany.
Głodzie nieczysty, głosie obłąkany,
gdzie świt jest świeży i bielą oblany -
tam jeszcze jęk trwa i świst bliskiej kuli.

 

W bieli świtają żebra obnażone.
Świtasz, jutrzenko idącego końca.
Nie łzą rozpaczy, ni kornym pokłonem
witał cię będę, ale rozjarzonym
słońcem, co drzewa kwitnące roztrąca.

 

Przez gęste cienie w słonecznej ulewie
czas mój, jak chromy żebrak, szybko pełznie.
Niesyty słowa, co się samo nie wie,
jak ptaki - w gęstym i wysokim drzewie.
Nade mną - nocy pochodnie i złe dnie.

 

Tutaj - więc wszędzie, czyli nigdzie. Z Sanem
co się ułożył w tłustych piersiach ziemi,
w tym chorym zdrowiu i w porze rozchwianej
Byłem i jestem. I tu pozostanę
z oczami w przyszłe światło otwartymi.

 

DZIKA KONICZYNA

Powolne, wieczne pszczół krążenie
śród trawy błagającej wody.
Nad Sanem, rozebranym z cienia
olśniewająca słońca słodycz.

 

Zwełnione, zalesione wzgórza
białych chmur pianą zaścielone.
Południe w rzekę się zanurza,
wsłuchane w bliskie, ciemne dzwony.

 

Dopalające się pragnienia
błysk fali znów boleśnie nieci.
Są odpuszczone wszystkie winy.

 

Pszczoła wciąż kwiat na kwiat zamienia.
Toniemy, biedni miejscy święci
w zapachu dzikiej koniczyny.

 

SZYKOWSKIEGO

Lidce, zrywającej stokrotki

 

Sady kwitną jak chmury - a chmury jak drzewa.
W wielkiej bieli topnieje światło popołudni.
Gęste domki to nuty chóralnego śpiewu,
w małych, kwietnych ogródkach, podwórkach bezludnych.

 

Tu wzbierają w poszumach przypływy zieleni,
tętnią deszcze, nim wejdą w niskie dachy miasta.
Stoją dzieci w kałużach, na śliskich kamieniach,
czujne i niesłyszalne, w gęstniejącym cieniu,
w rosie świateł wieczornych, co dołem narasta.

 

O ulico, strażniczko, koronna attyko,
wiodąca najsensowniej od nikąd donikąd,
górna ciszo wędrowna, spokojny promieniu!

 

Naucz nas swej pokory, mądrego bezładu,
prostej użyteczności dziczejących sadów...

 

Dobrego przemijania, trwająca w milczeniu!

 

TAK PŁYNIE NOC

Gdy stygnie z wolna słoneczna ulewa
rzucają rzekę i odchodzą stąd;
plecione z wiklin godziny ssie prąd
śmiertelnej wody. Blask i szelest drzewa.

 

Ciemnym promieniem porażony dzień
krwawiąc zalega i kona śród trawy.
Już zmierzch rozsiewa suche ciernie lśnień
w zmąconych taflach okien, w murach rdzawych.

 

Dziewczęco bliskie i śliskie jest dno:
w nurt się nie wbiegnie, trzeba wejść ostrożnie;
tu gwiazdy ranią jak rozbite szkło
czystym i zimnym, rozproszonym ogniem.

 

Im głębszy cień, im cichszy żywioł wszelki -
tym gęstsze stają wkrąg krzewiaste stoki;
a wyżej, w lesie, na wzgórzu niewielkim
lis miękką łapą roznieca obłoki.

 

Eden zielony! Ptak znad wody woła
i odlatuje z Sanem w mrok, na wschód.
W żywicy słowa zastyga, jak pszczoła
noc przemieniona w kryształ. W mokry chłód.

 

POETA I

Miasto w promocjach, oficerach,
biskupach, krzyżach, prominentach -
bezbronne ciało rozpościera
pod wiatrem, który wschód pamięta.

 

Omińmy zamek, kancelarie,
kasztany, dzwony i azalie;
Wstrzymajmy nieskuteczny pościg
za małym snem rzeczywistości.

 

Nie starczy życia aby złożyć
to, co zostało rozsypane.
Więc po co pysznić się i trwożyć
skazanym na powszedni kamień.

 

Lecz lata, których nie przeżyję
podejmij - i nie porzuć broni
mierzącej prosto w serce miasta.

 

Nim przejdziesz ogród swój, pod gwiazdą
kwiatu jabłoni - stań, przypomnij:
Ulicę pochyłą jak sztylet.

 

Ulicę pochyłą jak sztylet.

 

KAMIEŃ NA KAMIENIU

Tak - rozsypało się wszystko, odeszło;
tylko skorupy brudne, strzępy słów -
i szkło rozbite chrzęści pod podeszwą.
Kształt czasu ciągle niepewny, jak nów.

 

Chmur niskich stropy, Sanu szklana siność
wiodą nas w nowe światło przyszłych dni.
Ta wieczna trwoga, by ślad nie zaginął
po błysku ciepła, co nam w oczach lśni!

 

Wciąż zasłaniamy sobie puste dale,
chwiejemy się w przepływie lepkich spraw.
Ileż w nas jeszcze zapiekłego żalu,
stepów, blizn, czerni wypalonych traw!

 

Oto - narasta coś, znowu się kluje...
Choć wiemy dobrze, jak było - i jest -
kto taką prawdę dziś zaakceptuje,
że świat nam służy do otarcia łez?

 

Męczą nas zwidy. W ciągłym zagrożeniu
krok i gest każdy. Mrok czai się w tle.

 

Niech nie zostanie kamień na kamieniu,
jeśli budować trzeba w głuchej mgle.

 

POWRÓT DO PRZEMYŚLA

ład - jeśli był -
już się rozsypał

ciało zwalnia
ciało się chwieje

bez nadziei zasypiam
i budzę się
bez nadziei

za dymną zasłoną piękna
żyjąc
umieram

ciężar bólu we mnie
ogromnieje
skalnieje

po niewczasie pojąłem
rzeczywistość
rzeczy i istot:

woskowieją moje dłonie
wypaliło się
drzewo życia

zostanie popiół wierszy
wróci do Przemyśla 

 


 

JÓZEF KURYLAK - urodzony w Komarowicach pod Dobromilem w 1942 roku. Poeta, eseista. Członek Pen Clubu oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał dotychczas następujące książki poetyckie: "Ziemskie prochy" (Rzeszów1990); "Jasno ciemno, jasno ciemno" (Warszawa 1991, drugie wydanie1995); Tragedia zwierząt" (Przemyśl 1992, drugie wydanie 1994); "Kołatanie do bramy" (Warszawa 1993); "Góra duchów" (Warszawa 1995);"Dolina poetów nad Wiarem" (Warszawa 1998); "Zmierzch jest doktorem filozofii" (Warszawa 2001); "Wojna tajemnic" (Warszawa2002). Inicjator i organizator Przemyskich Wiosen Poetyckich. Jest laureatem licznych, prestiżowych nagród literackich.

 

KALWARIA PACŁAWSKA

Po górach, dolinach rozlega się - śmierci cichy śmiech. W nocy na pustej Kalwaryjskiej Górze Otoczyły mnie białe i czarne chorągwie umarłych procesji. Jak obrazy czasu. Przeraża mnie ich łopot. Czy pamięta ciemnie, chorągwie? Znam was wszystkie: Ty reprezentowałaś Kościół Salezjanów, ty Karmelitów, Ty Parafię Błonie, ty Katedrę, ty Kościół Serca Jezusowego, ty Franciszkanów, Ty Reformatów - słyszę w twym łopocie muzykę organów. A wy cieniste ścieżki lasów? Dokąd Podążyły obrzędy Sakramentalne? Czy pamiętacie moją matkę W prochu pielgrzymki śpiewającą Zdrowaś Mario? Przechodziliśmy przez wierzbową wodę Wiaru, . Rzekę mojego dzieciństwa, Gdzie nas blask Anioła ogarnął. Tam przy konfesjonale osiągnąłem wewnętrzną czystość, Którą inni poeci zdobywali po długich latach ciemności formy. Kwiatami pachnie Kalwaria. Wieńce chryzantem na schodach Klasztoru, Wianki z chryzantem na włosach dziewczynek W białych sukienkach, przy trumnie Matki Boskiej. Poznałem przeobrażenia mojego ducha, Bogu się polecam. Jestem gotów. Umarło dwadzieścia pokoleń procesji. - W górę serca!

 

ZAPACH KOPRU

Dachy Przemyśla, sięgające gwiazd - umocnijcie mnie! Gdyż blask strumienia w mojej rodzinnej wiosce za mgłą już nie oświeca mojej duszy i mego słowa. Dlaczego spadam, Hamlecie? Odpowiedz. Dlaczego urodziły mnie dwie matki: jedna w białej, druga w czarnej sukni? (Zmącony czas pochłonięty przez czas. Nieosiągalne, uprawne ziemie mistycyzmu). Lecz niejeden rolnik po śmierci zostanie księdzem i z ciężką lampą do krypty mego Piekła zejdzie... Na podwórzach mojej rodzinnej wioski poranek był niebieskim płaszczem Matki Boskiej. Chóry, prochy, sklepienia tajemnic Kościoła! Pachnie wieczorny koper i wszystko ma swój cel... 2000 r.

 

Źródełko*

A tu wśród trawy i pokrzywy, w cieniu wciąż bije to źródełko: małe serce ziemi.
Widziałem jego szaty purpurowe, koronę, skarbiec jego królestwa, opactwa...
Bo w każde lato, z bezdennej mgły czasu, w złotej karecie do niego powracam.
Lecz jestem piaskiem... więc przyciskam do serca cudotwórczy Dzienniczek Faustyny Kowalskiej.
Moje ostatnie chwile tutaj lśnią, jak unoszone wiatrem nad łąkami rozumne pyłki kwiatów. Życie mego ducha zależy od nich. Tutaj - i w Zaświatach.

 


* w Przemyślu, niedaleko Pałacu Lubomirskich, blisko Boga

 

 

CHŁOP l PIORUN

Oto we wiosce chłop oswoił piorun
i do pługa go swego zaprzągł,
o zmierzchu w drewnianym domu
spożywają razem kolację.
W zimie piorun izbę ogrzewa
lub przed Obrazem odmawia pacierze
albo dziecko kołysze i śpiewa,
albo jak pies gospodarstwa strzeże.
Czasem po niebie wędruje z chłopem
na Wysokościach, jak Faust i Diabeł -
tam gdzie wieczny panuje niepokój,
tam gdzie dobro nie dociera żadne.
Coraz częściej piorun wspomina
odczuwając swej duszy boleść:
kiedyś zabił dziecko i dziewczynę,
gdy pod wierzba schronili się w polu.
Rozmawiałem z nim pod wieczór wczoraj
w lesie, gdzie brzmiał smutny róg:
pytał mnie o wiersz, który jak piorun
zabić, spalić wiecznego Boga by mógł.

 

PIOSENKA

Desko grobowa -
Wiernie czekasz.
Już wkrótce powrócę -
Z ciemności, z daleka.
Z ciemności, z daleka,
Z rozpaczy, w której żyję teraz -
Dlatego tak lekko
Będzie mi umierać.
Desko grobowa,
Czarna zasłono,
Ostami Sakramencie,
Córko, żono -
Czy to poranek
Boski mnie przywita?
Czy tylko łopata
O kamień zazgrzyta?

Radom 1990

 

DROHOBYCZ

Drohobycz. 1940 rok. Lato.
Blask wszechświata.
Chcę się oderwać od ciemności.
Siedzę w kawiarni z moją matką.
Mam sześćdziesiąt lat,
ona siedemnaście.
Za dwa lata
zostanie moją matką -
nie wie o tym,
ja już wiem.
Śmiejemy się,
pijemy kawę.
Podziwiam jej zdrową
jasną twarz
i włosy ciemne
jak noc.
Jacyś ludzie niosą
skrzynię drewnianą,
czarną,
pełną polskiej mowy,
w kościele ją ustawią.
Przechodzi
Bruno Schulz,
kłania się mojej matce,
widzę żądzę w jego oczach.
Nie ma szans: pociąga nogą
(czasem geniusz pociąga nogą).
Czyżbym zszedł do inferno mego ja? Lecz się wydaje,
że blask wszechświata nie podlega śmierci,
gdyż nie zauważyłem zmian w jego naturze.
Potężniejsza jest ciemność,
która właściwie nie ma źródła.
Do Ostatecznego celu przeznaczona.

Drohobycz, 2000 r.

 

NA POLSKICH DWORCACH

Na polskich dworcach rosyjskie kobiety,
Biedne, lecz piękne w chustkach - ofiary Systemu:
Może Nastazja Filipowna, może Gruszeńka,
A może Sonia Marmieładowa - ruska święta?
Widziałem śnieżne równiny w ich oczach,
Żałobne cerkwie płaczące po nocach,
Wróciło wszystko jak tłum cieni:
Zima, miłość i rozpacz i śmierć i Jesienin.

 

Kalendarz 2017
Listopad
Nd Pn Wt Sr Cz Pt So
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Strona główna  •  Powiat  •  Sprawy mieszkańców  •  O Powiecie  •  Aktualności
Copyright © 2017 - Powiat Przemyski | Wszelkie prawa zastrzeżone